Wstęp

Kiedy tylko otworzymy drzwi laboratorium, stajemy się świadkami przedziwnego spektaklu: oto fabryka najdroższych na świecie zabawek, plac zabaw dla genialnych inżynierów, którzy nigdy nie przestali być dziećmi. Grupy pochylonych nad stołami studentów za pomocą przeróżnych narzędzi ostrożnie mocują nogi, ręce, korpusy i głowy. Miejsce to wygląda jak najbardziej zaawansowany technologicznie warsztat św. Mikołaja.

 

Przemierzając laboratorium, zauważamy rzeczy, na których widok każdemu dziecku rozbłysłyby oczy: pole bitwy z realistycznie odtworzonymi czołgami-zabawkami, wielkie dinozaury z tworzyw sztucznych, olbrzymią, zrobioną z pleksi skrzynię I piachem, w której mieszkają półmetrowa mrówka i dwudzie-scopięciocentymetrowy karaluch. Te mechaniczne istoty, które nie są wcale futurystycznymi prezentami pod choinkę, mogą, jako armia automatonów, wędrować w przyszłości po powierzchni Marsa i badać Układ Słoneczny. Nie jest też wykluczone, że pewnego dnia zamieszkają w naszych domach.W laboratorium panuje atmosfera zabawy. Tablice pokryte są dowcipnymi wierszykami i powiedzonkami, a na podłodze wymalowana jest żółtą farbą brukowana droga prowadząca do komputera nazwanego Oz.

W rogu pracowni siedzi Odie. Jest to niemal półmetrowej wysokości maszyna przypominająca psa. Zamiast oczu ma kamery, a na szyi inteligentną kokardę i rzeczywiście przypomina psa Odiego z zabawnego komiksu o kocie Garfieldzie. Odie reaguje na ruch. Jego wideooczy odnotowują z wielką dokładnością każdy ruch ręki i śledzą wszelkie gesty i poruszenia. Ale w przeciwieństwie do swojego filmowego imiennika laboratoryjny Odie nie jest flegmatykiem. Upuść niespodziewanie książkę, a oczy Odiego natychmiast dostrzegą upadający przedmiot i będą śledzić jego ruch aż do zetknięcia z podłogą.

 

W innym rogu spoczywa WAM, wielkie mechaniczne ramię połączone z kamerą telewizyjną. Jeśli rzucimy w jego kierunku piłeczkę, kamera WAM-a lokalizuje ją w przestrzeni, komputer wylicza trajektorię, po której piłka będzie się poruszać, i ramię wysięgnika chwyta piłeczkę w locie. Niezłe jak na jednorękiego bandytę.

 

W suterenie leży Trudy, nazwana tak ze względu na podobieństwo do Troodona, dinozaura przypominającego kurczaka, który dawno temu dreptał po Ziemi. Trudy może chodzić, biegać, a któregoś dnia zacznie zapewne skakać, tak jak niegdyś jej imiennik. Jest to jeden z kilku chodzących robotów zbudowanych w MIT. Niektóre z nich mogą podskakiwać, a nawet fikać koziołki. Nie potrafią tylko tańczyć breakdance'a.

 

Zwiedzając te dziwne pomieszczenia, można odnieść wrażenie, że są to pokoje do zabawy dla małych geniuszy. To tak jakby towarzysze Piotrusia Pana zamienili się w majsterkowiczów i hakerów. Okazuje się, że planowaniem przyszłości zajmuje się grupa psotnych, przerośniętych dzieciaków z doktoratami.